piątek, 12 lutego 2010
Na wesoło Rozmowa po powrocie z przedszkola. Ja i Natasza. Ja - Jak tam w przedszkolu było? N. - Nic. Krystian pokazał siusiaka. Ja zdziwiona - Komu? N. - No mi i Mikołajowi. Ja - I co zrobiłaś? N. - Nic. Śmiałam się, bo taki mały ten siusiak .... Matka też się śmiała ;D
czwartek, 11 lutego 2010
Maseczka. Idę za ciosem i zapisuję kolejną historię. Ostatniej niedzieli matka, jako że też kobietą przecież jest, postanowiła zadbać o swoją powierzchowność. Udała się więc do łazienki celem dokonania szeregu zabiegów upiększających. Za matką podążyło żądne wrażeń dziecię, które przysiadłszy sobie na sedesie, z zaciekawieniem przypatrywało się poczynaniom rodzicielki. Córka dość obojętnie przyjęła mycie głowy i nakładanie na włosy maski. Jedynie założenie przez matkę foliowego czepka na głowę (w celu zintensyfikowania działania maski), poruszyło dzieckiem co nieco, bo skwitowało: - Wyglądasz jak stara baba. Matka zignorowała uwagę córki wyrodnej stosownym fochnięciem i zajęła się nakładaniem na twarz maseczki. Zaintrygowane dziecko zapytało: - Co to jest? - Maseczka - wyjaśniła matka, kończąc nakładanie owej. - A kiedy ci to przejdzie? - Za piętnaście minut.
Przygoda w pracy z Nataszą w tle. Co prawda wydarzyło się to jakiś czas temu, ale muszę o tym napisać, bo śmieję się z tego do dziś. O tym, że poniedziałek 1 lutego, nie będzie moim najlepszym dniem, wiedziałam już w niedzielę. Otóż ostatniego dnia stycznia samochód odmówił nam posłuszeństwa, tym samym stawiając mnie i Nataszę w bardzo niekomfortowej sytuacji dojechania do pracy i przedszkola środkami komunikacji miejskiej. Już sam fakt wcześniejszego wstawania nie wpływał na mnie optymistycznie. Z trudami dobrnęłam do pracy, po drodze odstawiając Małą do przedszkola, co łatwe nie było zważywszy na to, że zima wciąż zaskakuje drogowców i dozorców. Do swojego pokoju, który dzielę z koleżanką, wpadłam prawie spóźniona. Szybko się rozebrałam i kiedy sięgnęłam do torby po kluczyk od kontenera, zamarłam. Kluczyka do mojego kontenera nie było w miejscu, gdzie zwykle był bywać. Nie było go także w każdym innym zakamarku mojej torby, którą dokładnie przejrzałam. Oczywiście od razu podejrzewałam moją córkę jedyną, która ów kluczyk darzy ogromną sympatią, z racji breloczka doń przypiętego, który to brelok zdjęcie mej córki rodzonej zawiera. Do szafki musiałam się dostać, więc postawiłam na głowie kilka osób z firmy, w tym moją szefową, która osobiście próbowała się do kontenera włamać za pomocą spinacza biurowego. Całe szczęście pojawił się wybawca, który kontener po długich bojach całkiem zgrabnie otworzył nie uszkadzając zamka i reszty mebla. Dzięki niemu mogłam spokojnie pracować, ale już do końca dnia rozmyślałam o tym, co też tej mojej córce wyrodnej w domu nagadam. Kiedy w końcu wróciłyśmy z Nataszą do domu z przedszkola, po drodze oczywiście zaliczając sklep spożywczym, w którym to córka ma naciągnęła mnie na: jajko z niespodzianką, lizaka, mentosy i śmiej żelki, zapytałam się mojego dziecięcia: - Nataszko, czy brałaś mamy kluczyk od pracy? - Eeee - zamyśliła się na chwilę, po czym z entuzjazmem wykrzyknęła. - Mam go w swoim plecaku! Pobiegła do pokoju, chwyciła swój plecak i wywaliwszy całą jego zawartość na podłogę, rzuciła go w kąt, a sama z zawartości wygrzebała nieszczęsny kluczyk i oddała go matce. Matka westchnęła i zaczęła pogadankę umoralniającą, kładąc nacisk przede wszystkim na to, jak to matce smutno jest, że córka wzięła jej rzecz, bez wiedzy matki. Na to dziecko zareagowało następująco: - Mamusia, nie martw się. Śmiej żelki cię rozśmieszą. Matka padła ze śmiechu :D
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Próbuję reaktywować bloga, ale nie wiem, na ile mi się to uda. Brakuje mi po prostu czasu. Jednak rozmowy z moją córką są niesamowite. Chciałabym je zapamiętać, więc może uda mi się chociaż część tu zapisać. Zatem próbuję ;) Wracam dziś z pracy i widzę na środku pokoju moje buty na wysokim obcasie (zaznaczam, że nie szpilki). Pytam się jedynej podejrzanej: - Natasza, co tu robią moje buty? - A bo miałam sobie potańczyć - odpowiada lekceważąco dziecko. - Jak to? Przecież mówiłaś, że cię noga boli. - Ale mama, ja chciałam potańczyć tylko na lewej... Matka padła :)
piątek, 20 marca 2009
Obiecanki...
Ech, ciężko jest dotrzymać słowa, kiedy brakuje czasu. Żłobek, praca, żłobek, dom, obiad, sprzątanie, spanie i tak w kółko. I na bloga już nie mam siły. Musimy się w końcu zdecydować, do którego przedszkola zapisać Nataszę. Udało mi się ją zarejestrować elektronicznie. Wybrałam trzy przedszkola (przezorny zawsze ubezpieczony :)), ale nie mogę się zdecydować, które wybrać jako pierwsze. A czasu zostało niewiele, bo tylko do końca marca. Czas, czas i jeszcze raz czas. Marzę o tym, żeby doba miała 48 godzin. Tęskniłam za pracą, a teraz tęsknię za chwilą dla siebie. Lubię moją nową pracę, ale bardzo żałuję, że po niej zostaje tak niewiele czasu dla Nataszy, dla W., dla mnie samej. Ech, szarość dnia....
czwartek, 26 lutego 2009
Długo mnie tu nie było.
Bardzo długo tutaj nie zaglądałam. Cóż, po prostu brakuje mi czasu. Odkąd wróciłam do pracy, ciężko mi się zebrać i coś napisać. Zaniedbałam blog, a obiecywałam sobie, że będę pisać, bo przecież Nasza Natasza ma niesamowity talent do umilania nam życia. Postaram się nadrobić zaległości. Na razie bardzo zwięzły skrót najważniejszych wydarzeń. Przede wszystkim Natasza 17 grudnia skończyła 3 lata. Jak zwykle babcia zorganizowała tort (ja nie potrafię piec, mam dwie lewe ręce i piekarnik zamknięty na kłódkę dla bezpieczeństwa ;)) i świeczki. Oczywiście świeczki były najważniejsze. Natasza zdmuchiwała je 3 razy. Chciała więcej, ale goście wyraźnie protestowali i Mała w końcu uległa presji wygłodniałych obżartuchów. Z tortu najlepiej jubilatce smakowały dekoracje. Ja mam nową pracę. Zaczęłam 2 stycznia. Na razie jestem zatrudniona na zastępstwo, ale mam nadzieję, że zostanę na dłużej. Praca naprawdę mi się podoba - jest niedaleko i godziny bardzo mi odpowiadają. Po drodze jest żłobek, więc to też duży plus. Nie chcę zapeszać, ale ten rok, w przeciwieństwie do 3 poprzednich, zaczął się całkiem nieźle. Mam nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej.
piątek, 24 października 2008
Chwalipięta :P.
Siedzimy u babci. Korzystając z okazji, że babcia zajmuje się Młodą, wyskoczyłam na zakupy. Kupiłam m.in. Nataszce kilka nowych, odlotowych gaci. Młoda z piskiem radości się na nie rzuciła, wybrała takie z pieskiem z przodu i na tyłku i oznajmiła, że musi je natychmiast założyć. Tak też zrobiła. Po chwili leci zaprezentować się babci: - Patrz babcia, mam nowe majteczki z pieskiem - chwali się podnosząc bluzkę, żeby babcia dobrze widziała przód gaci. - Śliczne, a teraz pokaż mi dupkę - prosi babcia chcąc zobaczyć majtki z tyłu. - Dobrze - odpowiada Natasza, odwraca się do babci tyłem, wypina się i zdejmuje majtki zgodnie z prośbą, pokazując babci ... dupkę Po wizycie.
I już po wszystkim. Uffffffff.......... Mogę teraz zapomnieć o bioderkach przynajmniej za rok, bo za taki czas czeka nas kolejna wizyta. Hurrrrrrrrrraaaaaaaaaa!!!!!!!! Z bioderkami wszystko super. Kończyny równe, a często się zdarza, że po operacji równe nie są. Młoda ma super zgrabne nóżki i rośnie nam Mała Modelka (jak to powiedział nasz lekarz). Sama Natasza na wizycie czuła się swobodnie, rozmawiała z lekarzem, grzecznie spełniała jego polecenia i dumnie spacerowała po gabinecie pokazując jak chodzi. Nasz kochany doktor zadumał się nad błyskawicznym upływem czasu, kiedy to uświadomił sobie, że zna Naszą Nataszę* już prawie 3 lata. Pozwolił jej na wszystko: ma skakać, kopać piłkę, tańczyć - nawet balet, co mnie troszeczkę zdziwiło (duże obciążenie stawów), ale mi szybko uświadomił, że moje "wiotkie dziecko" ma predyspozycje do "gibkich sportów". Wniosek z wizyty - mam w domu zdrowe i sprawne dziecko. Wreszcie mogę przestać się bać. Przynajmniej przez następny rok;). * Nasza Natasza - tak mówił na Nataszkę nasz ortopeda od samego początku naszej bioderkowej przygody - stąd też tytuł bloga.
piątek, 17 października 2008
Rok temu...
Dokładnie rok temu Nataszka była operowana. Ciągle mam w pamięci dzień operacji i to co się działo później, przez następne 3 miesiące. Jak ja przeżyłam te 6 tygodni gipsu? Jak moje dziecko to wytrzymało? Było, minęło, ale ciągle powraca we wspomnieniach. Powraca też strach, że dysplazja może się jeszcze kiedyś odezwać. Teraz boję się jeszcze bardziej, bo za tydzień idziemy na kontrolę do ortopedy. I znów mam serce w żołądku, a duszę na ramieniu. Oby do przyszłego czwartku.
piątek, 26 września 2008
Kara dla tatusia.
Tatuś dzisiaj przez cały dzień siedział przy komputerze i konfigurował system. Jak zwykle nie wszystko układało się po jego myśli. W pewnym momencie nerwy mu puściły i puścił piękną wiązankę przekleństw. - Tatuś, jak ty mówisz? - spytała Natasza z drugiego końca pokoju - Brzydko. Nie wolno tak mówić! Tatuś potwierdził i zajął się komputerem, a Natasza zabawą. Po chwili od strony komputera znów padła ciekawa wiązanka. Tym razem Natasza pofatygowała się do tatusia, złapała go za ramię i surowym głosem upomniała: - Tatuś pestań! Nie wolno tak mówić! Tatuś przytaknął gorliwie, a za parę chwil znów się zapomniał i zaklął szpetnie (oj, ciężko mu szło z tym systemem;)). Natasza znów do niego podeszła złapała go za rękę i ciągnąc go za nią rozkazała: - Tatuś, choć. - zaprowadziła go to swojego pokoju - Siadaj tutaj. Masz kalę - powiedziała i zamknęła za tatusiem drzwi. Wybuchnęliśmy śmiechem, a W. po chwili zapytał Małej: - Mogę już wyjść? Już będę grzeczny. - Jesce nie. Byłeś niegziećny, siedź tu i płakaj - dodała z powagą. :D. |